Kategorie
Blog

Stara miłość nie rdzewieje. Mirror’s Edge

Za sprawą usługi Xbox Game Pass miałem okazję powrócić do pewnej perełki z 2008 roku.

Po 10 latach od swojej premiery, oryginalne przygody Faith Connors pozostają dla mnie niezwykle intrygującym wypadkiem przy pracy. To wręcz mały cud, że taka perełka wyszła spod skrzydeł takiego wydawcy, jak Electronic Arts. Inwestycja w nową markę spaliła na panewce i choć nie przyniosła oczekiwanego sukcesu komercyjnego, to znalazła na stałe miejsce w moim małym sercu.

Mirror’s Edge to nieduża jak na dzisiejsze standardy produkcja, lecz to zarazem jej największa zaleta. Kampanię fabularną możemy ukończyć w około 8 godzin, a następnie spróbować ponownie przejść w grę w trybie speed-run (podobnie jak w RE3). Jeśli jednak takie powtórki nam nie w smak, czekają na nas próby czasowe, czyli krótkie odcinki biegowe, które staramy się pokonać w jak najlepszym czasie. Właśnie w ten drugi tryb swego czasu wkręciłem się najmocniej i wyciągnąłem z gry ponad 30 godzin świetnej zabawy.

Pierwszy raz usłyszałem o tej grze za sprawą fanowskiego klipu, który możecie obejrzeć powyżej. Podejrzewam, że zrobił on więcej dla promocji tej gry, niż korporacyjna machina marketingowa. Możemy w nim nacieszyć uszy fantastycznym utworem „Still Alive” w wykonaniu szwedzkiej piosenkarki Lisy Miskovsky. Samo wideo zawiera natomiast fragmenty rozgrywki oraz grafiki koncepcyjne pochodzące z oficjalnych materiałów promocyjnych wydawcy.

Montaż wspomnianego filmu sprawił, że świat przedstawiony w grze niesamowicie mnie zaintrygował. Futurystyczna metropolia – niezwykle sterylna i usiana błyszczącymi, strzelistymi wieżowcami utopia. A pośród tych szklanych domów przemykająca sprintem główna bohaterka, wraz z grupką outsiderów walcząca z opresyjnym systemem ukrytym za wspomnianą wyżej fasadą.

Sentymentu dopełnia fakt, że Mirror’s Edge okazał się w moim odczuciu nad wyraz kompetentną grą, przy której bardzo miło spędziłem czas. I serce cieszy fakt, że nawet po 10 latach od swojej premiery bawiłem się tak samo dobrze, zdobywając przeszło 70% wszystkich dostępnych osiągnięć. Życzę każdemu tak miłych powrotów do ulubionych tytułów sprzed lat.

Udostępnij:

Autor: Adam Szymański

Chcę podzielić się z wami swoim spojrzeniem na tytuły, które właśnie ogrywam lub przypomnieć wam starsze tytuły, do których pałam wyjątkowym sentymentem.

W odpowiedzi na “Stara miłość nie rdzewieje. Mirror’s Edge”

Warta uwagi jest też kontynuacja, ME Catalyst. Usprawnia mechanikę i daje powiew świeżości 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.