Remake Resident Evil 3 dał mi dokładnie to, czego oczekiwałem. Po rewelacyjnej dwójce pragnąłem jeszcze więcej tego samego i uważałem, że ucieczka Jill Valentine z opanowanego przez zombie Raccoon City zasługuje na to, by zostać ponownie opowiedziana.Szczęśliwie nie musiałem na to długo czekać, gdyż otrzymałem go w niecałe półtorej roku od premiery odświeżonej dwójki.
Trójka nie odkrywa koła na nowo. Korzysta dokładnie z tego samego silnika graficznego, interfejsu oraz założeń rozgrywki, co remake dwójki. Z drobnymi odstępstwami, gdyż przynajmniej początek rozgrywki RE3 na ulicach Raccoon City posiada bardziej otwartą strukturę. Daje to pole do kombinowania i bardziej zmyślnego lawirowania między hordami zombie.
I da się ją ukończyć w 6h
Praktycznie wszystkie znane mi serwisy internetowe trudniące się recenzowaniem gier wskazały to jako wadę omawianej produkcji. Momentalnie przypomniałem sobie, dlaczego szybko zbrzydło mi zajmowanie się grami „zawodowo”. Pośpiech, coverage, masówka… Zabrakło tutaj szerszego kontekstu. Skoro recenzujemy remake klasycznej gry sprzed 20 lat, warto chociaż pobieżnie zahaczyć o historię serii, której dotyczy.
Tam bardzo szybko znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego Resident Evil 3 wydaje się być krótką grą (a nie jest). Już za czasów PS1 wokół serii zaczęła się tworzyć niezwykle aktywna grupa speedrunnerów. Capcom sam celował w tę niszę, a ona to podchwyciła. Po każdorazowym ukończeniu gry widzimy ekran z wynikami, gdzie możemy dowiedzieć się, w jakim czasie ukończyliśmy grę, na jakim poziomie trudności i jaką rangę uzyskaliśmy. Co bardziej zapaleni gracze zaczęli się prześcigać w wykręcaniu coraz to niższych czasów i wyższych rang. Do dzisiaj jest to niezwykle ważny element serii, który niesamowicie winduje jej…
Replay value
Owszem, Resident Evil 3 można ukończyć w 6 godzin i rzucić w kąt, ale nie macie pojęcia, jak wiele radochy sobie odbieracie i ile dodatkowej zawartości wam przepada. Po pierwszym ukończeniu gry otrzymujemy dostęp do sklepu umożliwiającego zakup szeregu bonusów. Kupujemy je za punkty zgromadzone podczas wykonywania wyzwań w grze. W ten sposób możemy się zaopatrzyć w alternatywny strój dla Jill, specjalne monety regenerujące zdrowie czy nawet cholerną nieskończoną wyrzutnię rakiet!
Wszystko to sprawia, że ponownie podejście do gry wygląda zgoła inaczej. Ukończyłem grę około sześć razy i ani przez moment nie czułem znużenia, gdyż odblokowane bonusy i kręcenie kolejnych rekordów dawało mi masę frajdy. A gdy już ukończyłem ostatni run na poziomie Inferno zorientowałem się, że na ogólnym liczniku mam około 40 godzin rozgrywki. Nie tak znowu mało, co?
Rozumiem, że nierzadko czas nie pozwala wycisnąć z gry więcej, a w kolejce czekają kolejne tytuły warte sprawdzenia… Ale ja chyba skłaniam się ku temu, by w ciągu roku ograć zaledwie kilka gier, ale wycisnąć z nich jak najwięcej.