Pierwszy raz o gatunku MMORPG usłyszałem na przełomie gimnazjum i liceum, gdy kolega opowiedział mi o Ragnarok Online. Ogromny, otwarty świat fantasy utrzymany w stylistyce anime, który można eksplorować wraz z innymi graczami. Co lepsze, zbiegło się to także z pierwszym podłączeniem Neostrady w moim domu, więc była to pierwsza pełnoprawna gra online, w jaką zagrałem (mimo że piracka). Tak, podobnie jak wielu z was tłukłem biedne Poringi na kultowym już serwerze KDR.
Lineage II i serwer Allseron
W czasach mojego liceum miano króla MMO mógł nosić tylko jeden tytuł – Lineage II. Trzeba przyznać, że w tamtych czasach gra ta imponowała oprawą wizualną, a stylistyka high fantasy łatwo przekonywała do siebie wielu miłośników komputerowych RPGów. Wielu moich znajomych aktywnie udzielało się w gildiach, zarywając nocki, a później w konsekwencji zawalając poszczególne przedmioty w szkole… I choć daleko mi było do zaangażowania moich kolegów, sam musiałem się hamować. Był to pierwszy sieciowy tytuł, który wymagał od graczy ponadprzeciętnego zaangażowania.
Doskonale pamiętam, że w przypadku Lineage II, ogromną popularnością cieszył się polski, prywatny serwer Allseron. Jego administratorzy wyjątkowo dbali o zachowanie klimatu fantasy. Aby otrzymać konto na serwerze, konieczne było napisanie krótkiego opowiadania i do maksymalnie dwóch tygodni otrzymywało się dane do logowania. Pamiętam, że sam napisałem takie dwa i ku mojemu zaskoczeniu – oba moje wnioski zostały rozpatrzone pozytywnie. Jedno z nich w przypływie dobrej woli odstąpiłem wówczas koledze. Również podczas samej gry mocno wskazane było odgrywanie roli. I co najlepsze – ludzie naprawdę mega się w to angażowali.
Ja i MMO to trudna miłość
Światy Ragnarok Online, jak i Lineage II były fascynujące i posiadały wszystkie niezbędne cechy, by pochłonąć mnie bez reszty… A mimo to nigdy nie potrafiłem przylgnąć do nich dłużej, niż na miesiąc. Z jednej strony jarał mnie fakt, że to gra RPG, z drugiej natomiast zniechęcał nieustanny grind poziomu doświadczenia, czy przedmiotów. Dodatkowo, mimo zachęt znajomych, nie dopisałem się do żadnej gildii. Niejednokrotnie zdarzało się, że wspólnie graliśmy, jednak stroniłem od mocniejszego zaangażowania. I przyznam, że teraz trochę tego żałuję…
Po rozpoczęciu studiów przyszedł czas na legendarne już World of Warcraft. Dzięki pierwszym zarobionym pieniądzom w budce z zapiekankami mogłem pozwolić sobie na zakup oryginalnej gry i 30-dniowego abonamentu. Uwielbiałem WarCrafta III, a możliwość przeniesienia się do tego świata, w dodatku na oficjalnych serwerach była cudownym doświadczeniem. Jednak i tam dopadł mnie podobny syndrom, co w przypadku RO i L2. Stworzyłem postać, pobiegałem, poexpiłem… I znowu pass.
Muszę jednak przyznać, że World of Warcraft to MMO, do którego wracam regularnie. Przynajmniej raz w roku wybierałem na miesiąc do Azeroth. Zazwyczaj tworzę sobie wtedy zupełnie nową postać, zaręczając, że teraz już wkręcę się na maksa. Często zbiegało też się to z premierą kolejnych dodatków, jednak wtedy zacząłem też zauważać, że meta gry z roku na rok coraz bardziej mi odpływa. Twórcy starali się też uczynić grę przystępniejszą dla nowych graczy. Levele wpadały jak szalone, a my co krok byliśmy nagradzani. Brakowało mi tego klasycznego feelingu starego MMO…
World of Warcraft Classic
I wtedy, 27 sierpnia 2019 roku, wchodzi World of Warcraft Classic, cały na biało. Blizzard umożliwił graczom powrót do klasycznej wersji gry sprzed wszystkich dodatków i zmian. Z zachowaniem starej oprawy graficznej, klasycznego rozwoju postaci i bez szeregu wspomagaczy znanych ze współczesnej wersji gry. Rzekomo była to odpowiedź na liczne prośby fanów, by przywrócić klasycznego WoWa do życia, ale wydaje mi się, że większe znaczenie miały rosnące w siłę prywatne serwery starające się odtworzyć klimat klasycznej wersji gry. Niemniej była to dla mnie najlepsza decyzja, jaką Blizzard podjął w tym dziesięcioleciu.
No i wpadłem po uszy. Z uśmiechem na ustach wróciłem do klasycznego, żmudnego i wymagającego MMO, gdzie czekały już na mnie setki godzin grindu. I tak jak kiedyś mnie to odstręczało, dzisiaj stało się jedną z głównych zalet. Niezwykle satysfakcjonuje mnie ten powolny, choć konsekwentny progres. Wbijanie kolejnych leveli, farmienie przedmiotów czy waluty działa na mnie niesamowicie wręcz relaksująco. Nie potrafię tego wytłumaczyć – czy to syndrom sztokholmski, o którym się tyle mówi?
I choć do World of Warcraft Classic również podchodzę z przerwami, mój Tauren wojownik na 33 poziomie ma się całkiem dobrze. Planuję także jego przenosiny na serwer, gdzie gra więcej Polaków. I wierzę, że tym razem się przełamię i w końcu dołączę do jakiejś gildii, a także osiągnę maksymalny, 60-ty poziom doświadczenia. Lepiej późno, niż później.