Kategorie
Blog

Jest mi cholernie szkoda Cyberpunka 2077

Bo Cyberpunk 2077 jest po prostu świetną grą.

Gdy w okolicach premiery ogrywałem Cyberpunka 2077, czułem się jak w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. I bynajmniej nie chodziło tu o poziom immersji płynącej z rozgrywki. Lecz to, jak bardzo moje odczucia różniły się względem zdecydowanej większości graczy. Czułem się wręcz… nie wiem, nieswojo? Zwyczajnie uwierał mnie fakt, że zdecydowana większość nie mogła czerpać z gry równie wielkiej przyjemności. Jakość mojej rozgrywki wyprzedzała o lata świetlne to, co zaserwowano chociażby posiadaczom PS4. I choć po ostatnich aktualizacjach widać już znaczącą poprawę (z ogromną aktualizacją 1.2 na czele), niesmak pozostaje.

Miałem ten niekwestionowany przywilej, że ukończyłem najnowszą produkcję CD Projekt RED na solidnym PC. I choć wersja pecetowa również nie była wolna od błędów, żadna platforma konsolowa nie oferowała w okolicy premiery równie dobrego doświadczenia. A nie potrzebuję wglądu w korporacyjnego Excela, by przypuszczać, że najwięcej sztuk gry sprzedało się właśnie na konsole. W szczególności na te starszej generacji. I tak w grudniu gdy ja cieszyłem się szybkimi czasami ładowania, inni zmagali się z powolnym doczytywaniem tekstur. Gdy ja grałem w 60 klatkach na sekundę, inni zmagali się z regularnymi crashami gry do systemu. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że to jest naprawdę zajebisty RPG! I wręcz ściska mnie, gdy pomyślę, jak wielu osobom wciąż umyka to, co ten tytuł ma do zaoferowania.

Night City trudno przyrównać do jakiegokolwiek innego miasta znanego z gier wideo. Wszystko to ze względu na jego zróżnicowaną architekturę i demografię. To miasto prawdziwie wielokulturowe, zamieszkiwane przez ludzi najróżniejszych ras, wyznań i narodowości. Widać to na każdym kroku, chociażby przejeżdżając z jednej dzielnicy do drugiej. Zmieniają się projekty budynków oraz przekrój etniczny mieszkańców. Night City to futurystyczny, dystopijny kocioł społeczno-kulturowy. A w samym jego środku ludzie, kurczowo trzymający się swoich lokalnych społeczności, w kosmopolitycznym mieście obsesyjnie wyznającym kult jednostki.

Nie potrafię wyjść z podziwu, ile serca poświęcono postaciom niezależnym, które poznajemy w trakcie gry. Bardzo szybko ze zwykłych „NPCów” stają się osobami, na których autentycznie nam zależy i z którymi chcemy spędzać więcej czasu. Peany wygłaszane na temat Panam są w pełni zasłużone, a uwierzcie mi na słowo, że to nie jedyny chlubny przykład. Osoby odpowiadające za cały poboczny wątek klanu Aldecaldos powinny dostać podwyżkę. To co jednak urzekło mnie najbardziej, to poziom realizacji dialogów. Tak świetnie napisanych kwestii dialogowych nie doświadczyłem od bardzo dawna. To uczta dla oczu i uszu, która momentami ociera się od narracyjny absolut. Doznania potęguje też fakt, że we wszystkich rozmowach uczestniczymy z perspektywy pierwszej osoby.

Cyberpunk 2077 nie jest oczywiście dziełem idealnym. Dlatego też chciałbym zwrócić uwagę na rzeczy, które mnie osobiście nieco ubodły. Ulice Night City kontrolowane są przez 9 gangów, które (przynajmniej w teorii), ścierają się ze sobą o wpływy. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w kilku zadaniach pobocznych, lecz dla mnie to zaledwie kropka w morzu. Brakuje mi możliwości wcielenia się chociaż do jednego ze wspomnianych gangów, na którego ekspansję mielibyśmy realny wpływ. Drugi z moich zarzutów jest wyjątkowo prozaiczny, ale zwyczajnie nie mogę o nim nie wspomnieć. No bo do cholery – w mieście mrocznej przyszłości, gdzie technologiczna ingerencja w ludzkie ciało jest na porządku dziennym, nikt nawet nie śmie tknąć włosów na Twojej głowie. Fryzjerstwo to branża, która póki co nie ma się w Night City zbyt dobrze.

Jestem zły z powodu tak spektakularnej wpadki Cyberpunka. Ale tak na dobrą sprawę nie wiem, w czyją stronę powinienem skierować moje niezadowolenie. Z jednej strony powinienem być zły na zarząd spółki, który przyklepał wydanie gry jeszcze w 2020 roku. Lecz to na nich z kolei zapewne dybała cała giełda i ci wszyscy mityczni akcjonariusze. Nie będę nawet udawał, że znam się na świecie wielkiej finansjery, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi, że wina leży gdzieś po środku. Jednocześnie pragnę też z całą mocą podkreślić, że nie winię za nic szeregowych pracowników, którzy z pewnością włożyli masę serca (i nadgodzin…) w ten tytuł. I to zaangażowanie naprawdę widać.

Z natury jestem niepoprawnym optymistą i wierzę, że już wkrótce ten stan rzeczy ulegnie zmianie, a Cyberpunk 2077 odrodzi się jak feniks z popiołów. Spędziłem w tej grze już ponad 100 godzin i dalej nie mam dość. A najnowsza aktualizacja tylko zachęciła mnie do powrotu w szpilki mojej korpo-V. Czas zająć się pozostałymi zadaniami pobocznymi, zdobyć jeszcze lepsze wyposażenie i z wytęsknieniem wyczekiwać darmowych dodatków oraz większych rozszerzeń pokroju Serc z kamienia. I salonów fryzjerskich. Serio, to jest must.

Udostępnij:

Autor: Adam Szymański

Chcę podzielić się z wami swoim spojrzeniem na tytuły, które właśnie ogrywam lub przypomnieć wam starsze tytuły, do których pałam wyjątkowym sentymentem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *