Nabycie praw do Wampira: Maskarady przez Paradox Entertainment to jedna z najlepszych rzeczy, które mogły się przytrafić tej marce oraz całej branży gier wideo. I choć pewnie wszyscy czekamy na Bloodlines 2, to nie jedyna warta uwagi gra z tego uniwersum. Coteries of New York stworzone przez krakowskie studio Draw Distance to zdecydowanie czarny koń tej stawki. Dawno już nie miałem do czynienia z tak wciągającą historią i gęstym klimatem.
Vampire: The Masquerade – Coteries of New York to gra z gatunku visual novel, która doskonale udowadnia, jak fantastyczne historie można budować w oparciu o to uniwersum. Już samo pojęcie „maskarady”, jako nadrzędne prawo funkcjonujące w wampirzym półświatku, to doskonały punkt wyjścia. Natomiast charakterystyka poszczególnych klanów, frakcji, ich historii czy w końcu zależności między nimi to już swoista wisienka na torcie.
Słyszałem o graczach, którzy odbili się od Koterii Nowego Jorku z racji tego, że nie jest to gra RPG. Potrafię zrozumieć tę niechęć – zwłaszcza jeśli całkiem niedawno po raz n-ty powróciliście do kultowego Bloodlines. Spróbujcie jednak się przemóc, gdyż w mojej opinii naprawdę wiele tracicie. Choć zabrakło tu miejsca dla RPG-owych statystyk czy personalizacji bohatera(ki), skupiono się na snuciu solidnej intrygi i przepięknej oprawie audiowizualnej, które kładą na łopatki zdecydowaną większość gier z tego gatunku.
Coteries of New York jest powieścią wizualną, którą delektujemy się z każdym kolejnym zdaniem i kadrem wyświetlanym na ekranie. Każda wymiana zdań między bohaterami czy nawet najbardziej zapyziały zaułek Nowego Jorku to tutaj małe, interaktywne dzieło sztuki. Niezmiernie cieszy mnie też fakt, że produkcja gry zwróciła się już po pierwszym tygodniu od premiery, a niedługo potem zapowiedziano samodzielne rozszerzenie do gry o podtytule „Shadows of New York„.
Ten wpis to mój mały list miłosny kierowany do Koterii Nowego Jorku. Zapewne jeszcze przed premierą dodatku podejmę się ponownego przejścia gry. Być może tym razem moje losy jako młodego wampira potoczą się zgoła inaczej? Jedno jest pewne – Nowy Jork i jego najmroczniejsze zakątki długo nie pozwolą mi o sobie zapomnieć.